Nie ma śniegu, nie ma pierogów, nie ma gorzkich żali… Trzeba otworzyć dłoń dla innej kultury

Z ojcem Wiesławem Wojtanowskim CSsR – neoprezbiterem, tuchowianinem oraz misjonarzem pracującym w Brazylii w prowincji Bahia rozmawia Kamil Wszołek.

Kiedy po raz pierwszy pojawiło się w tobie pragnienie wyjazdu na misje?

Pamiętam, gdy szedłem raz do szkoły podstawowej – miałem ok. dziesięć lat – przechodziłem przez bramę klasztoru i wtedy pomyślałem sobie: Może ja byłbym redemptorystą? Ale oni pracują daleko – w Brazylii pracują. O nie, to nie dla mnie… Zapomniałem o tym incydencie aż do czasu, gdy przyszło oficjalne zaproszenie do pracy w Brazylii. Usłyszałem to zaproszenie będąc już redemptorystą po ślubach czasowych, mając już na sobie habit. Mogło się zgłosić dwóch seminarzystów na kontynuowanie studiów w Brazylii… Ja napisze prośbę o wyjazd – rozmawiałem z Panem Bogiem – Jeżeli przełożeni wybiorą mnie to znaczy, że moje miejsce jest w Brazylii, jeżeli mnie nie wybiorą to znaczy, że Ty Boże też nie chcesz żebym wyjeżdżał.

Pojechaliście tam studiować nie znając nawet podstaw języka? Pierwsze chwile na pewno były bardzo trudne?

Tak i nie życzę tego nikomu. Stałem się znów dzieckiem – byłem bezsilny. Oni coś do nas mówią – a ja nic nie rozumiem. Jestem zależny od innych. Sam nie jesteś w stanie funkcjonować. Pierwsze dwa tygodnie były najtrudniejsze. Przyjechaliśmy do Bazylii na kurs portugalskiego z dwutygodniowym opóźnieniem. Musieliśmy nadrobić ten czas. Do południa braliśmy bieżący materiał, a popołudniu nadrabialiśmy zaległości. Było trudno, bo gramatyka portugalska nie pokrywa się z polską.

A jak było z twoim imieniem? Nie stwarzało problemów?

Wiesiek – to nie było do wymówienia dla nich. Musiałem coś wymyślić. Na drugie mam Aleksander i tak właśnie mówią na mnie w Brazylii. Tam jestem Alexandre (czyt. Aleszandrii).

To osoba, która pochodzi z Tuchowa lub zna twoją rodzinę może pomyśleć, ze na brazylijską misję nie wyjechał Wiesiek tylko Aleksander, a tak ma na imię twój tata.

Dokładnie, ale imienia Aleksander używam tylko gdy jestem w Brazylii. A tata choć jestem daleko zawsze mnie wspiera. To dla mojej rodziny także nowa rzeczywistość. Zawsze byłem blisko. Urodziłem się w Tuchowie i tu wychowałem. Wyjechałem na studia super daleko do Krakowa (100 km od Tuchowa) – To był mój najdalszy wyjazd do tej pory. Później Nowicjat w Lubaszowej – spod krzyża widziałem swój dom. Tata jak zatęsknił to przez lornetkę popatrzył sobie na Willę. Później przez dwa lata w Tuchowie żyłem wśród przyjaciół. Teraz będę pracował w Brazylii.

Jak radziłeś sobie z tęsknotą – za bliskimi za krajem, za kulturą? Czy będąc na drugiej półkuli doświadcza się tego mocniej?

Jest tęsknota, ale w innym wymiarze. Byłoby dla mnie jeszcze większym ciężarem, gdybym tęsknił. Najgorsza dla mnie była świadomość, że nie miałem możliwości wrócić do Polski – nawet jeśliby ktoś umarł, a umarł mi w tym czasie dziadek. Tylko przyjąłem tę informację – mogłem się pomodlić i tyle. W Brazylii wszystko jest inaczej. Nie ma śniegu, nie ma pierogów, nie ma gorzkich żali – tego nam brakowało. Procesja Bożego Ciała – ten cały nasz folklor. Brakuje mi tych żółtych kwiatów na łąkach – mleczy.

Brazylijczycy wiedzą gdzie leży Polska?

Mówię, że pochodzę z kraju Jana Pawła II. W ten sposób zaraz kojarzą Polskę. Dla Brazylijczyków Polska to cztery osoby – Jan Paweł II, Lech Wałęsa, Zbigniew Boniek i Grzegorz Lato.

Twoje plany są związane już tylko z Brazylią?

Wielu ojców misjonarzy wyjechało do Brazylii ze świadomością, że tam już umrą. Ja tak nie myślę. Jeśli będzie potrzeba jechać gdzie indziej to pojadę. Teraz popracuje jakiś czas w Brazylii – szkoda byłoby zatracić tą radość mówienia po portugalsku, znajomość ludzi i kultury.

Myślisz o powrocie do Polski?

Boję się, że nie zmieszczę się w polskie realia. Inna jest tu relacja z ludźmi. W Tuchowie jest tyle księży co ojców Redemptorystów w całym Bahia! A ta prowincja jest większa od Polski. To co może robić świecki to robi świecki. Rozdają komunię, dzielą się Słowem Boży, głoszą kazania – prowadzą 70 % wszystkich modlitw i celebracji. To co robią księża to 30%.

To na pewno byłoby ciekawe i dość zabawne doświadczenie przenieść te zwyczaje na nasze realia. Myślę tu konkretnie o tych kazaniach głoszonych przez świeckich…

My odczuliśmy to na własnej skórze, bo pojechaliśmy z rzeczywistością kultury polskiej. Podczas naszej pierwszej mszy w jakiej uczestniczyliśmy w Brazylii rozdawać komunię wyszły kobiety. Dla nich normalne, a ja się zastanawiałem czy jak przyjmę komunię od kobiety to będzie ważna! To takie łamanie schematów.

Dużo jest różnic między liturgią polską a brazylijską?

Msza jest bardziej ekstrawertyczna. Po ewangelii zawsze są brawa. Jest taniec i śpiewanie. Także relacje podczas nabożeństwa są inne. Przyjeżdżam na mszę zazwyczaj wcześniej. W kościele wszyscy z wszystkimi się witają, rozmawiają z sąsiadami z ławki, podchodzą, pozdrawiają, dopytują co u mnie. Jest inaczej. Przyjechałem do Tuchowa i rozdaję komunie. Podchodzi pierwsza kobieta „Ciało Chrystusa” – i chce położyć jej komunie na ręce, a ona się zmieszała. Dopiero wtedy sobie przypomniałem, że mam podać na język.

Jak reagują ludzie na was - białych?

Jak przyjdzie ktoś biały to od razu jest w centrum zainteresowania. Jeżeli przyjeżdża z zewnątrz to znaczy ze ma pieniądze. Jesteś inny. Zawsze się zastanawiałem jak może się czuć murzyn wśród białych. Doznałem tego tam, gdy wszedłem w pewną dzielnicę miasta. Jakbym mógł to bym sobie skórę ściągnął i założył ciemniejszą żeby choć trochę być podobny do nich.

Żeby być dobrym misjonarzem w Brazylii możesz pozostać Polakiem czy musisz stać się Brazylijczykiem?

Trzeba zostawić to co jest polskie. Trzeba przyjąć to, co tamta kultura niesie ze sobą. A różnic jest naprawdę sporo. Nawet taka prozaiczna czynność jak jedzenie. Tam nakrywają noże z lewej a widelce z prawej. Gdy jestem tam zachowuje się tak jak Brazylijczyk, próbuję myśleć tak jak Brazylijczyk, mówić tak jak on. Wtedy mogę pracować. Gdy wracam do Polski zachowuję się jak Polak.

A gdzie jest twoja prawdziwa twarz?

Dobre pytanie… Myślę, że trzeba tego szukać w byciu szczerym, przeźroczystym. Ludzie wszystko prześwietlą. Czasem trzeba mówić ludziom, że nie wiesz jak się zachować. Oni zawsze pomogą. Trzeba otworzyć dłoń dla innej kultury. Można żyć bez schematów. Można inaczej się modlić. Misjonarz, gdzie by nie pojechał zawsze jedzie do swoich.

Jakie jest twoje motto życiowe?

To które umieściłem na obrazku prymicyjnym – tekst z księgi Izajasza „Duch Pański spoczął na mnie abym ubogim niósł dobrą nowinę”.

Dziękuję za rozmowę.

(Wywiad ukazał się w biuletynie Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej - “Chorągiew Maryi” - 3/2008 )

~ autor Kamil Wszołek w dniu czerwiec 24, 2008.

Jedna odpowiedź to “Nie ma śniegu, nie ma pierogów, nie ma gorzkich żali… Trzeba otworzyć dłoń dla innej kultury”

  1. Gratuluje świetnego temtu i wywiadu. Historia ojca Wiesława pozwoliła mi dowiedzieć się jak to jest być misjonarzem, że to bardzo trudne wyzwanie.
    Czekam na kolejny temat :)

Napisz odpowiedź